Wszystkie »

  • Wpisów:8
  • Średnio co: 215 dni
  • Ostatni wpis:5 lata temu, 16:37
  • Licznik odwiedzin:1 445 / 1943 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Poniedziałek. Dzień jak codzieć. Trzeba żyć dalej. Fakt, że Milena zwariowała nie daje mi powodu do samobójstwa. Poszłam do szkoły. Na korytarzu spotkałam Milenę. Nie powiedziła mi "cześć", więc czemu ja mam się wychylać? Następne lekcje mijały normalnie. Na szczęście nikt nie zauważył, że nie odzyway się do siebie z Mileną. Szłam korytarzem. Idzie Klaudia.
Klaudia-wiecznie ciekawa osoba, która zrobi wszystko, byle tylko się coś działo.
-No siemka Ruda. Mam do ciebię pytanie - powiedziała.
-No, słucham - chociarz domyślałam się o co chodzi nie dałam po sobie tego poznać.
-No, bo ten... - Chyba po raz pierwszy widzę, że Klaudia nie wie jak ma zacząć pytać. Może nie jest już na tyle bezczelna, żeby pytać w prost? - Ty się już nie przyjaźnisz z Mileną? - A jednak miliłam się.
-Nie wiem o co ci chodzi.
-Zawsze tak mówią. - Dobrze wiedziała, że i tak jej powiem. - Ptaszki ćwierkają, że chodzi o jakiegoś chłopka. To prawda?
I zaczęłam jej opowiadać dokładnie to co się wydarzyło. Po co ja to zrobiłam? Czemu? Teraz na korytarzu porozwieszane są zdjęcia Mileny z podpisem "Tania Suka" albo "Szmata" i inne brzydkie rzeczy. Na Maksa każdy (dosłownie!) pluje. Milena od tej pory była najbardziej prześladowaną osobą dnia (jeśli nie roku). Gdy szła korytarzem słyszłam tylko obelgi pod jej adresem (i Maksa, ale jego to mi nie szkoda). P pewnym momencie, gdy wyjmowała książki z szafki, a z trzeciej klasy obeszły ją do okoła wyzywając ją od różnych, spojżała się na mnie błagalnymi oczmi. Jakby oczekiwała ode mnie pomocy. Szybko odwróciłam wzrok.
Wtorek. Nie widziałam dzisiaj Mileny. Podobno ukrywała się przez cały dzień w łazience. Jako, że jest wtorek poszłam do sali numer 12. Pani oznajmiła, że Milena i Maks się wypisali. To nic, i tak żadne z nich nie było nawet raz w szpitalu. Zdałam relację z tego, że poznałam Marcelę. Klaudia i Wiktor również mieli powody do pochwał.
Postanowiłam pójść do szpitala.
Marceli nie było ani w świetlicy, ani w jej pokoju. Zapytałam się Kingi czy może ją widziała. Powiedziała, że zabrali ją w nocy. Jak to "zabrali ją"? Ona chyba nie... Nie Ruda, bądź optymistką, ona nie mogła umrzeć. Pobiegłam zapytać się pani na recepcji. Okazało się, że Marcela nie umarła. Uff.
-Nie rozweselaj się jeszcze tak szybko dziecinko - powiedziała do mnie. - Zabrali tę dziewczynkę w bardzo kiepskim stanie. W środku nocy zaczęła wymiotować krwią. Potrzebuje nerki. Niestety nie ma dawcy. Dziewczyna ma krew AB, a tej krwi zazwyczaj brakuje. Jeżeli nie znajdzie się dawca, dziewczynka dożyje może dwa miesiące.
-Mogę ją odwiedzić? - nic więcej nie udało mi się wykrztusić.
-Normalnie się nie zgadzam, ale widzę, że ci zależy. Idź. Korytarzem na prawo. Sala numer cztery.
-Dziękuję pani.
Poszłam na oddział Onkologi Dziecięcej. Była tam. W sali numer cztery. Leżała na łóżku, była bardzo blada.
-Jak się czujesz? - zapytałam.
-Tak jak wyglądam. Czyli źle - odpowiedziała. Zmusiła twarz do uśmiechu.
Do sali weszła jakaś para około czterdziestki.
-Dzień dobry - przywitali się ze mną.
-Dzień dobry. Ja yy, ja już wychodziłam - powiedziałam wstając z krzesła.
-Czekaj, nie idź jeszczę. - Marcela złapała mnie za rękę. - Proszę.
-Możemy wiedzieć kim jesteś? - zapytała się przyjaźnie kobieta.
-Ja, ja jestem wolontariuszką. - Dopiero teraz kobieta zwróciła uwagę na plakietkę na mojej bluzie. - Poznałam Marcelę kilka dni temu. Państwo są jej rodzicami?
-Tak - odpowiedziała. - Masz na imię Nadia, prawda? Córka dużo nam o tobie opowiadała.
-aha, ja już może pójdę. Do widzenia państwu. Pa Marcela.
-Przyjdziesz jutro? - zapytała z nadzieją w głosie.
-Tak obiecuję.
Przed salą siedziała Oliwia.
-Co ty tu robisz? - zapytała z wyrzutem.
-Przyszłam odwiedzić Marcelę - odpowiedziałam.
-I po co? Lubisz patrzeć na umierające dzieci?
-Słucham?
-Ona umrze. Wiesz o tym. Potrzebuje nerki. Nikt z naszej rodziny nie ma krwi AB. Nie ma dawcy.
Coś mi się nagle przypomniało.
Oliwia jeszcze długo gadała o tym, że jej siostra i tak umrze itp.
-...po za tym, mówiłam ci już, żebyś się od niej odwaliła i... - przerwałam jej.
-Zrobię to - powiedziałam.
-Co zrobisz?
-Ja mam krew AB. Ja oddam nerkę Marceli.
Oliwia stanęła jak wryta.
_______________________________________________________
Przepraszam, że wczoraj nie było rozdziału, ale nie miałam kiedy, gdyż byłam u babci, a tam nie ma internetu. *Dziękuję wszystkim za miłe komentarze.*
Spodziewajcie się jutro nowego rozdziału. Cześć
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Wie ktoś może dlaczego nie działa licznik odwiedzin? Ani drgnie, stoi w miejscu od osiemnastu dni. Czemu?
  • awatar Świat Apsik ;3: ja mam tak samo...kolejne bledy pingera,co do twojej ksiazki.Jej swietna,pisz dalej :)
  • awatar karolina♥☺: u mnie tez nawet nie drgnie ;d
  • awatar Gość: mi też nie działa ;o
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›
 

 
Obudził mnie budzik. No, tak. Zapomniałam go wyłączyć. Chyba nici dzisiaj z biegania z Mileną. Pada deszcz. Chociaż jest sobota, a godzina dopiero siódma, wstałam. Poszłam do kuchni, żeby zjeść śniadanie. Przy stole siedziała Eliza i jadła rogaliki.
-Teraz mi powiesz? - zapytałam się jej.
-Bardzo dobre rogaliki wczoraj kupiłaś - odpowiedziała.
-Strasznie śmieszne. Mów. Co to był za facet?
-Jaki facet?
-Eliza! Dobrze wiesz o czym mówię. Jesteśmy tu same. Mi możesz powiedzieć.
-O jejku. Robisz z tego jakąś wielką aferę. To był taksówkarz. Zostawiłam torebkę w aucie i po prostu chciał mi ją oddać.
-I to dlatego się kłóciliście?!
-Idź do okulisty! Nie kłóciłam się z nim. Po prostu oddawał mi moją torbę.
Eliza skończyła jeść i wstała od stołu. Dopiero teraz zauważyłam w co jest ubrana. Miała na sobie zakolanówki, krótkie szorty, jakąś bluzkę z dużym dekoltem i buty na obcasach. Tak ubierają się szóstoklasistki? Chyba nie.
-Boże, co ty masz na sobie?
-Boga do tego nie mieszaj - powiedziała wkładając talerz do zmywaki. Po chwili dodała - aha, i mam nadzieję, że rodzice się nie dowiedzą o tym jak jestem ubrana?
-Nie dowiedzą, tylko powiedz mi gdzie idziesz?
-Do Karoliny. Mamy taki... No wiesz taki DFC.
-DFC?
-Dzień Fajnych ciuchów.
-Dobra, idź już. Nie rozumiem. Ja w twoim wieku taka nie byłam.
-Nie wątpię - powiedziała tak cicho, że ledwo ją usłyszałam.
Eliza wyszła z domu. Skąd ona ma w ogóle kasę na te ubrania? Tata chyba wstał. Zszedł na dół w biegu.
-Zaspałem - powiedział.
-Zrobić ci kawę? - spytałam.
-Nie, nie, dzięki. Kupię po drodzę do pracy.
-To ty dzisiaj pracujesz? Jest sobota.
-Mam ważne spotkanie z klientem. Gdzie twoja siostra?
-Poszła do Karoliny.
-Aha. Okej. Idę, miłego dnia.
-Pa tato.
Ogarnęłam się trochę. Napisałam mamie kartkę na lodówce "Będę w szpitalu. Nadia". Poszłam do szpitala. Po drodze wstąpiłam do sklepu po batonika. Pamiętam w jakim stanie były kredki Marceli, więc postanowiłam kupić jej nowe. Weszłam do szpitala. Marcela siedziała na tym samym miejscu co wczoraj. Poznała mnie ze swoją koleżanką z pokoju-Kingą. Z kredek ucieszyła się bardzo. Zapytałam się delikatnie czy była wczoraj u niej Oliwia. Odpowiedziała, że nie. Powiedziała mi, że jestem jej Nową Siostrą. W szpitalu byłam do godziny piętnastej. Spotkałam tam Wiktora. Bawił się z jakimiś chłopcami samochodami. Gdy wychodziłam ze szpitala wchodziła Klaudia.
-Cześć - powiedziałam.
-O Ruda. Siemka. Wychodzisz już? - zapytała.
-No, tak od rana tu byłam - odpowiedziałam.
-Aha, okej, no to ja idę. Pa.
-Nara.
Postanowiłam przejść się po parku. Spacerowała, już przez około pół godziny. Na ławce zobaczyłam płaczącą dziewczynę. Była bardzo ładna, ale miała rozmazany makijaż. Podeszłam do niej. Po co? Nie wiem tego.
-Ej, coś się stało mogę ci jakoś pomóc? - zapytałam.
-Wątpię, abyś coś poradziła, no chyba, że wyeliminujesz z tego świata wszystkich facetów - odpowiedziała łkając.
-Niestety, trzeba żyć dalej. Co on ci zrobił?
-Wiem, że nie interesuje cię to.
-Lubię pomagać. Mam czas. Opowiadaj.
-No, ja mam na imię Sara. I mój chłopak... Były chłopak - Maks, on, on...
-Poczekaj. Powiedziałaś, że masz na imię Sara, a twój chłopak to Maks?
-Tak, ale znasz go?
-Tak mi się wydaję. No opowiadaj.
-No, bo on... Od początku. Przechodziłam obok tej cukierni naprzeciwko biblioteki. I wtedy go zobaczyłam. Siedział przy stoliku z jakąś dziewczyną. Uśmiechał się, śmiał się, rozmawiał z nią tak normalnie. Mi powiedział, że będzie się uczył.
-A może to jakaś jego kuzynka?
-Miałam taką nadzieję, ale jak by nie patrząc - oszukał mnie. Napisałam do niego esemesa "Dobrze się bawisz?". Widziałam przez szybę cukierni, że pokazuję telefon tej dziewczynie. Zaczęli się śmiać. Już wiedziałam, że nie jest to jego kuzynka. Otrzymałam odpowiedź "Przecież wiesz, że się uczę kochanie" Pff, "Kochanie", nazwał mnie kochaniem. Ale z niego idiota! Weszłam do tej cukierni. Nie zauważyli mnie. Byli zajęci sobą. Kupiłam dwa kawałki tortu. Kiedy już miałam w rękach kawałki ciasta na talerzach podeszłam do ich stolika i pacnęłam ciastem w twarz Maksa. Wykrzyczałam mu to wszystko co o nim myślałam. drugie ciasto wrzuciłam pod dekolt tej jego dziuni. W kawiarni zrobiło się cicho, a po chwili ludzie zaczęli klaskać. Mówili "Dobrze z takimi tak trzeba!". Maks mówił do niej chyba Lena czy Milena.
-Bardzo dobrze zrobiłaś. Postąpiłabym tak samo. Nie był ciebie wart. Nie załamuj się. Głowa do góry, pewnie znajdziesz tego jedynego, z którym będziesz naprawdę szczęśliwa.
-Dziękuję ci. Nie znam osoby, która by tak podeszła i zaczęła pocieszać. Szkoda, że jest tak mało ludzi jak ty. Jak masz na imię?
-Nadia.
-Dasz mi swój numer Nadio?
-Tak jasne, daj mi telefon. Wpiszę ci swój numer.
-Okej dzięki. Muszę już iść do domu, bo będą się martwić. Dziękuję, cześć.
-Pa.
Miałam jeszcze czas, żeby pójść do Mileny i powiedzieć co o niej myślę. Lubiłam ją o wiele bardziej dziesięć minut temu. Jak można odbić chłopaka niewinnej dziewczynie? Zadzwoniłam domofonem, odebrał jej brat.
-Łukasz! Wpuść mnie, szybko muszę pogadać z twoją siostrą.
-Ruda?
-Nie Zielona... No wpuść mnie.
-Ale u niej jest jakiś chłopak i powiedziała, że nie przyjmuje gości i żeby nie wpuszczać nikogo do jej pokoju.
-Dzwoniłam do niej i mi pozwoliła.
-Naprawdę?
-Taak. No wpuść mnie!
Drzwi się otworzyły. Starałam się zignorować fakt, że oszukałam ośmiolatka. W mieszkaniu nie było rodziców Mileny. To dobrze. Stanęłam pod drzwiami do jej pokoju. Dobiegała z niego głośna muzyka z Dirty Dancing. Otworzyłam drzwi. Na łóżku siedziała Milena i Maks. Całowali się. Fuj, jak oni tak mogą?
-Co ty tu robisz? - krzyknęła Milena.
-Co JA tu robię? A co TY robisz? - opowiedziałam.
-To moje życie. Wyjdź stąd!
-Jak mogłaś to zrobić? Przez ciebie Sara cierpi!
-Skąd wiesz o Sarze? - wtrącił się Maks.
-A ty się zamknij - odparłam.
-Nadia. Wyjdź stąd! - powiedziała Milena.
-To co? Koniec przyjaźni? - Po co ja to powiedziałam?
-Jak musisz. Proszę bardzo! - Zerwała z szyi połówkę serduszka, które kupiłyśmy gdy miałyśmy po dziesięć lat.
-Dobra! Jak wolisz! - wykrzyczałam.
-Dobra!
-Ja wychodzę.
I wyszłam. Tak, od tego czasu nie miałam najlepszej przyjaciółki.
_______________________________________________________
Przepraszam, że taki krótki. Mam nadzieje, że Wam się spodoba Następny może jutro. Komentujcie, bo to bardzo motywuje to dalszej pracy. Pa
 

 
Tytuł: Trzy metry nad niebem
Tytuł oryginału: Tre metri sopra il cielo
Autor: Federico Moccia
Wydawnictwo: MUZA
Ilość stron: 334
Rok wydania: 2005
Czas czytania: 4 dni
Cena książki: 29,99zł


Szesnastoletnia Babi, dziewczyna, z tak zwanego dobrego domu, świetna uczennica i przykładna córka, na skutek pogmatwanego splotu przypadków, poznaje Stepa, agresywnego chuligana, którego życie składa się z ćwiczeń na siłowni, wyścigów na motorze i bezsensownych bijatyk. Mimo krańcowo różnych charakterów i sprzeciwu apodyktycznej matki Babi, zakochują się w sobie bez pamięci. Pod wpływem tej miłości, która oczywiście nie ma szans na przetrwanie, zmieniają się oboje. Babi otwiera się na świat, dojrzewa,
a Step staje się bardziej refleksyjny, łagodniejszy. Babi jest jedyną osobą, której Step powierza swój mroczny sekret, który tłumaczy jego agresywne i destrukcyjne zachowania. Swobodnie poruszając się w świecie pojęć, które określają świat włoskiej młodzieży, Moccia opowiedział niezwykle wiarygodnie i płynnie uniwersalną historię o młodzieńczym buncie, bólu dorastania i problemach rodzinnych.

Pewnie wiele Was oglądało film na podstawie tej książki pod tym samym tytułem. Jeżeli jednak nie oglądałeś filmu, a ciekawi Cię on. Najpierw koniecznie przeczytaj książkę. Ja zrobiłam na odwrót i teraz bardzo żałuję, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ten film jest na podstawie książki. Ale co tam. Natknęłam się na ten tytuł w księgarni. Najpierw myślałam, że to zbieg okoliczności, ale okazało się, że nie. Kupiłam ją oraz jej kontynuację "Tylko Ciebię chcę". Przeczytałam ją bardzo szybko birąc pod uwagę nawał nauki jaki wtedy na mnie spadł.

Co sądzę o książce? Na prawdę bardzo ciekawa. Od pierwszej chwili wciągająca. Przez cały czas trzyma w napięciu. Nie można się nudzić. Rzecz, która mi się jednak bardzo nie podobała to styl pisania. Autor używa czasu teraźniejszego i krótkich, dynamicznych zdań, że tak powiem. Niestety nie przypadło mi to do gustu i dosyć mocno przeszkadza we wczuciu się w nią. Akcja tak naprawdę rozpoczęła się na 250-300 stronie, co doprowadzało mnie do szału. Z początku ciężko przyzwyczaić się do stylu autora.

Najlepszy tekst z książki, który utkwił w mej pamięci :
"- Jestem szczęśliwa. Nigdy w całym moim życiu nie czułam się tak dobrze. A ty?
- Ja? – przytula ją do siebie – ja czuję się znakomicie.
- Tak, że mógłbyś palcem dotknąć nieba?
- Nie, nie tak.
- Jak to, nie tak?
- O wiele wyżej. Co najmniej trzy metry nad niebem."

Albo pan Moccia ma złe zdanie o nastolatkach, albo młode włoszki są po prostu irytujące, denerwujące i głupiutkie. Zachowanie Babi momentami strasznie męczy.
Stepa natomiast bardzo polubiłam i imponował mi on swoją bezgraniczną miłością do dziewczyny. Dla niej właśnie chciał się zmienić.

Żałuję, że najpierw obejrzałam film, a dopiero po jakimś czasie sięgnęłam po książkę. Myślę, że zyskałaby ona wtedy więcej w moich oczach. „Trzy metry nad niebem” czyta się szybko, nawet za szybko, bo stron z każdą kolejną minutą ubywało, a ja coraz bardziej przywiązywałam się do bohaterów, którzy są żywi i bliscy czytelnikowi. Poprzez takie, a nie inne zakończenie odczuwam pewien niedosyt i z chęcią przeczytałam kontynuację - „Tylko Ciebie chcę”.

Podsumowując: Historia fajna, lecz książka jest opisana irytującym sposobem. Lubię gdy akcja w książce dzieje się przez cały czas,a w tej zaczęło się coś dziać dopiero pod koniec. Zbyt dużo opisów. Zdecydowanie bardziej polecam film oraz drugą część czyli "Tylko Ciebię chcę".

4/6
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (17) ›
 

 
Odpisałam na esemesa "Z kim rozmawiałaś? Co to za facet?". "Nie Twój interes!" - zobaczyłam odpowiedź. Nie spodziewałam się innej. Ale co to mógł być za facet? Przestałam rozmyślać, bo zadzwonił dzwonek. Pod klasę przybiegła Klaudia z kluczem w ręku. Otworzyła klasę. Weszłyśmy do środka. Niedługo potem wszedł Wiktor, a po nim Maks. W tej klasie nie było ławek, tylko wielki stół. Weszła pani Zielińska.
-Dzień dobry - powiedziała z uśmiechem. - Cieszę się, że jest was przynajmniej piątka. Usiądźcie.
-Co tak właściwie należy do naszych obowiązków? - zapytał Wiktor.
-Będziecie chodzić do szpitala dziecięcego na ulicy Abrahama i zabawiać chore dzieci. No wiecie, czytać książki, rysować z nimi, ogólnie to bawić się z nimi.
-I tylko tyle? - zapytał Maks.
-To jest AŻ tyle Maksymilianie - odrzekła pani. - Duża część tych dzieci nie dożyje swoich najbliższych urodzin. Niech spędzą ostatnie chwile swojego życia miło. Ich rodzice często nie dopuszczają do siebie myśli, że ich dziecko umrze.
-Rozumiem - powiedział Maks.
-Skoro mamy chodzić do szpitala to po co są te spotkania dwa dni w tygodniu? - zapytałam.
-Będziecie mi zdawać relacje z tego co robiliście w ciągu tych kilku dni.
-Kiedy będziemy mogli odwiedzić szpital?
-Możecie go odwiedzać kiedy tylko chcecie, weźcie tylko te plakietki. - Pani rozdała nam niebieskie plakietki z naszymi nazwiskami i z napisem "Pomagamy!".
-Możecie już iść do domu. Następne spotkanie we wtorek. Miłego weekendu. - Powiedziała pani i wyszła.
Milena miała na ręku chyba z pięć grubych książek.
-Czemu zostawiłaś torbę pod drzwiami? - zapytałam się jej cicho.
-Zaraz zobaczysz - odpowiedziała.
-Ale...
-Ciiicho, idzie tu.
Maks szedł w jej stronę, a ona "niechcący" potknęła się o nogę krzesła i upadała w stronę Maksa. Maks złapał ją w locie.
-Mam cię - powiedział Maks uśmiechając się do Mileny.
-Tak, dziękuję i przepraszam, straszna niezdara ze mnie. Chyba, auu..
-Co się stało?
-Kostka. Strasznie mnie boli.
-Może ją skręciłaś. Dasz radę chodzić?
-Chyba, chyba nie, auć, boli strasznie. Nadia zadzwonisz do mojego taty?
-Jasne, już dzwo... - nie zdążyłam odpowiedzieć, Maks mi przerwał.
-Nie, nie, twój tata pewnie pracuje. Odprowadzę cię do domu.
-Oh, naprawdę? Dziękuję - powiedziała Milena.
-Nie ma sprawy. Mieszkasz na osiedlu przy Biedronce, prawda?
-Tak, masz rację.
-To nie daleko. Idziemy.
-Ale ja naprawdę nie dam rady iść.
-Zaniosę cię.
-Co? Ale. Okej.
-Wskakuj.
-Yy, a ty nie musisz iść po plecak?
-A, tak, właśnie plecak. Ruda popilnujesz jej?
-Jasne - odpowiedziałam. Maks wyszedł z klasy.
-Co ty wyprawiasz? Milena! Odbiło ci? - powiedziałam cicho, ale dobitnie.
-Dobry pomysł, no nie? - odpowiedziała podekscytowana. - Najpierw zaniesie mnie do domu, potem pójdziemy na jakieś ciastko i będzie super.
-Obyś miała rację.
-Oj, Ruda, daj spokój. Weźmiesz moją torbę do siebie? Przyjdę po nią wieczorem.
-Okej, ale masz u mnie dług.
-A i mam prośbę, możesz pójść dzisiaj tą dłuższą drogą?
-Jasne. Cześć, wstąpię jeszcze do tego szpitala - powiedziałam i wyszłam.
Dziwnie wyglądałam idąc tak z dwiema torbami, więc spakowałam swoje książki, których potrzebowałam do nauki do torby Mileny, a swoją torbę włożyłam do szafki szkolnej. Poszłam w kierunku szpitala. Weszłam do środka. Pokazałam na recepcji plakietkę, więc recepcjonistka pozwoliła mi wejść. Gdy weszłam na oddział, w którym chore dzieci miały swoje pokoje zdziwiłam się. Spodziewałam się białych ścian, zimnych płytek na podłodze i ogólnie oczekiwałam bardziej "szpitalnego" wyglądu tego miejsca. Było inaczej. Ściany były kolorowe, na podłodze rozścielony był długi, wielobarwny i wzorzysty dywan, a pod ścianami ustawione były ławki, na których siedziały różne osoby (zazwyczaj rodzina chorych dzieci). Na końcu korytarza były duże drzwi, a nad nimi napis "ŚWIETLICA". Poszłam tam. W środku było dużo zabawek. Między tymi wszystkimi pluszakami, klockami, samochodzikami i lalkami bały dzieci. Bawiły się ze sobą. W kącie pomieszczenia siedziała mała dziewczynka, pewnie nie miała włosów, bo miała chustkę na głowie. Na oko miała z sześć albo siedem lat. Nie bawiła się jak inne dzieci. Była smutna. Położyłam torbę na krześle i podeszłam do dziewczynki. Siadłam obok niej.
-Cześć - powiedziałam.
-Czemu ze mną rozmawiasz? Ze mną się nie gada - odpowiedziała smutnym głosem, bardzo wysokim głosem.
-A dlaczego? Przecież jesteś taka ładna - powiedziałam szczerze. Ona naprawde była ładna. Miała duże, niebieskie oczy, mały nosek i wyglądała jak królewna. - Czemu nie bawisz się z innymi dziećmi?
-Bo nie umiem. A te dzieci mnie nie lubią.
-A próbowałaś z nimi porozmawiać?
-Nie.
-Dlaczego?
-Bo nie umiem.
-Nie umiesz rozmawiać?
-Nie.
-A teraz co robisz?
-Nie wiem.
-Rozmawiasz ze mną.
-Tak?
-Tak. Jak masz na imię?
-Marcelina.
-Bardzo ładnie. Ja mam na imię Nadia.
-Moja ciocia ma na imię Nadia. Ile masz lat?
-Czternaście. A ty?
-Tyle - jak to dzieci zwykle robią, pokazała na palcach, że ma sześć lat.
-Co lubisz robić?
-Lubię tu siedzieć i myśleć.
-O czym myślisz?
-O moich rodzicach i siostrze.
-Masz siostrę? Opowiedz o niej.
-Ma na imię Oliwia i ma chyba tyle lat co ty i ma takie dłuuugie, brązowe włosy. Też bym chciała takie mieć. - To ostatnie zdanie powiedziała ledwousłyszalnym
szeptem. Nie wiedziałam co na to odpowiedzieć. - Pewnie myślisz dlaczego takich nie mam?
-Wiesz...
-Wiem, że tak.
-Lubisz rysować? - Szybko zmieniłam temat.
-Lubię.
-A co lubisz rysować?
-Oliwię.
-Chyba musisz lubić tę swoją siostrę, no nie?
-Ja ją bardzo lubię, ale ona mnie nie.
-Niemożliwe.
-Wszystko jest możliwe. Oliwia mnie nie lubi.
-Nie możesz tak mówić.
-Ale mówię.
-Pokażesz mi swoje rysunki?
-Tak.
Zaprowadziła mnie do swojego pokoju. Stało tam jeszcze jedno łóżko. Nad łóżkiem Marcelinki wisiała kartka z jej imieniem, a na drugim łóżkiem kartka z imieniem Zuzia. Marcela pokazała mi swoje rysunki. Na wszystkich była jakaś dziewczyna o brązowych włosach aż do końca kartki. Domyśliłam się, że to musi być Oliwia. Obok Oliwii stał jakiś chłopiec.
-Kto to? - zapytałam wskazując na chłopca.
-To ja - odpowiedziała obojętnie.
-Oh - nic lepszego nie przyszło mi do głowy.
Gadałyśmy jeszcze tak przez około trzech godzin. Dowiedziałam się, że jest chora na ostrą białaczkę promileocytową. Zdziwił mnie fakt, że taka mała dziewczynka wie o tak wielu terminach lekarskich, o których ja nie miałam pojęcia. Opowiedziała mi też o swoich rodzicach. O swojej koleżance z pokoju-Kindze. O tym, że zostało jej mało czasu. O wszystkim. Straciłam rachubę czasu. Przyszła pielęgniarka.
-Marcela, czas na szczepionkę. Porozmawiasz sobie z koleżanką jutro.
-Przyjdziesz jutro? - zapytała Marcela.
-Oczywiście, z samego rana - odpowiedziałam z uśmiechem.
-Fajna jesteś. Będę siedziała na tym samym miejscu co dzisiaj.
-Jasne, cześć.
-Pa.
Gdy wychodziłam z oddziału w drzwiach minęłam dziewczynę o bardzo długich, brązowych włosach. To chyba Oliwia.
-Ej, cześć. Ty jesteś Oliwia? - zapytałam.
-No, tak, ale skąd mnie znasz? - odpowiedziała.
-Twoja siostra, ja widziałam rysunki twojej siostry.
-Posłuchaj. Ja cię nie znam. I niech tak zostanie. I proszę odwal się z łaski swojej od Marceli. Ona i tak umrze.
-Jak możesz tak mówić? To jest twoja siostra. Przecież są szanse żeby wyzdrowiała.
-Tak ci powiedziała? Mogę się założyć, że ty też nie dopuszczałabyś do siebie myśli, że umrzesz.
-Ale...
-Marcela ma już rodzinę.
-To czemu sądzi, że jej nie lubisz? - Oliwia nie powiedziała nic. Długo patrzyła się na mnie bez słowa i poszła w stronę pokoju pielęgniarek.
Poszłam na przystanek. Zmierzchało już, wolałam pojechać autobusem niż iść samą przez opustoszałe ulice. Pod moim blokiem spotkałam Milenę. Pogadałam z nią trochę. Powiedziała, że Maks zaprosił ją na jutro do kina. Nawet nie chciała słyszeć o Marceli. Zapomniałam klucza. Zadzwoniłam, więc domofonem. Odebrała Eliza i wpuściła mnie do środka. Chciałam z nią pogadać o tym gościu spod szkoły, ale nie chciała o tym słyszeć. Rodzice wyszli do teatru ze znajomymi. Ja skończyłam czytać "12 prac Herkulesa" - lektura. Umyłam się i poszłam spać.
______________________________________________________
Dobra, dzisiaj taki długi rozdział. Komentujcie, bo to bardzo motywuje do dalszej pracy ;D To paa
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Poszłam do szkoły. Miał to być kolejny zwyczajny dzień. No, i taki był. Gdy przechodziłam z moją przyjaciółką, Mileną po korytarzu szkolnym na tablicy aktualności zobaczyłyśmy ogłoszenie. "Trwają zapisy do grona wolontariuszy, którzy będą pomagać chorym dzieciom w miejscowym szpitalu. Pierwsze spotkanie grona już dziś (20 września) o godzinie 14 następne zgromadzenia będą odbywały się we wtorki i piątki w sali numer 12. Zapraszamy wszystkich uczniów od klasy pierwszej gimnazjum wzwyż. Jeżeli jesteś zainteresowany wpisz się na poniższą listę." Pod ogłoszeniem wisiała oddzielna kartka z napisem "Lista wolontariuszy:". Pod spodem było zapisanych tylko trzy osoby.
"-Wiktor Mróz
-Klaudia Wiśniewska
-Maksymilian Antoniuk"
Zatrzymałam się na dłuższą chwilę, aby przeczytać ogłoszenie. Gdyby nie ja milena poszłaby dalej. Też się zatrzymała i zaczęła czytać.
-Co o tym myślisz?-zapytałam się jej gdy zobaczyłam, że skończyła.
-Myślę, że powinnyśmy się zapisać-opowiedziała.
-Naprawdę? Byłam pewna, że będę musiała cię namawiać.
-Gdyby nie TO, to byś musiała.-Milena wskazywała palcem z dziwnym uśmiechem na twarzy na kartkę z listą uczniów. Dokładniej na nazwisko Maksymilian Antoniuk.
-Oh-wyrwało mi się.-No tak, ale to zawsze jest jakiś powód. To jak zapisujemy się?
-No jasne, nareszcie będę mogła poznać lepiej Maksa-powiedziała. Ale gdy zobaczyła moją minę szybko dodała-to znaczy pomóc chorym dzieciom.
-Racja-odpowiedziałam wpisując się na listę.
W gronie wolontariuszy znalazły się dwie nowe osoby Nadia Błaszczak i Milena Wójtowicz. Jak nie trudno się domyślić, Nadia to ja. Milena to moja najlepsza przyjaciółka. Choć obie mamy po czternaście lat, chodzimy do tej samej klasy, mieszkamy na tym samym osiedlu i w ogóle jesteśmy nierozłączne, różnimy się od siebie. Ja jestem niska, ona wysoka. Ja od zawsze byłam typem dziewczyny o figurze patyka. Mój tata zwykł mawiać "Pan Bóg stworzył cię dla checy z tyłu plecy, z przodu plecy.", a ja nie miałam powodów, żebu mu zaprzeczać. Milena ma świetną figurę.Jest blondynką o pięknych, dużych, niebieskich jak rzeka oczach. Ja jestem ruda. Mój atrybut, a zarazem największy kompleks. Jak ktoś o mnie pytał to zawsze otrzymywał odpowiedź "No ta Ruda z drugej B" Ruda to moje przezwisko, ciekawe czy ktoś jeszcze pamiętał moje prawdziwe imię? Nie byłam bardzo popularna, ale tzw. Szarą Myszką też nie byłam. Chłopaka miałam tylko jednego. Tomka poznałam na koloniach, niestety, choć spędziliśmy razem dwa tygodnie nad morzem nie spotkaliśmy się więcej. On mieszka na drugim końcu Polski. Tomek to już przeszłość. Puki co nie szukam chłopaka. Za to Milena miała ich już na pęczki. Teraz "poluje" na Maksa. Fakt, że jest on o rok starszy i, że mógłby mieć każdą gdyby chciał oraz, że wszystkie dziewczyny na niego lecą nie robi dla niej problemu. Jedyną przeszkodą jest to, że Maks ma dziewczynę-Sarę. Nie wiem o niej nic więcej. Nie chodzi do naszej szkoły. Jest starsza, chodzi chyba do pierwszej liceum. Próbuję wybić Milenie z głowy Maksa, ale bez skutecznie. Już od ponad miesiąca nawija tylko o nim.
Poszłam z Mileną na ostatnią lekcję-biologię, nic ciekawego. Po lekcji poszłyśmy do sali numer 12. Gdy po drodze mijałyśmy ogłoszenie zobaczyłyśmy, że do grona wolontariuszy nie wpisał się nikt więcej. W związku z tym, że była jeszcze przerwa pod drzwiami klasy nie było jeszcze nikogo z wyjątkiem mnie i Mileny. Klasa była zamknięta, więc postanowiłyśmy, że poczekamy na ławce i zjemy kanapki, które mamy dały nam do szkoły. Gdy jadłyśmy i gadałyśmy przy tym (w sumie to tylko Milena, nawijała wciąż o Maksie i jego brązowych oczach) zobaczyłam moją trzynastoletnią siostrę-Elizę. Stała obok wejścia na boisko do koszykówki. Może zapisała się na kółko sportowe? Rozmawiała z jakimś facetem, na oko ze dwadzieścia pięć lat. Wstałam i podeszłam do okna. Nigdy nie narzekałam na wzrok, ale z tej odległości nikt nie widziałby dobrze tego co się dzieje dwieście metrów dalej. Kłócą się o coś? Na to wygląda. Eliza spojrzała na okno. Zobaczyła mnie. Szybko odwróciłam głowę. Może mnie nie rozpoznała? No tak, jak mogła mnie nie rozpoznać? Moje włosy widać na kilometr. Poczułam wibracje telefonu w kieszeni. Przeczytałam esemesa "Widać Cię Ruda. Nie ładnie tak podglądać.". Jak chyba nie trudno się domyślić, to był esemes od Elizy. Niegodziwość, żeby to szóstoklasistka pomiatała swoją dwa lata starszą siostrą, a nie na odwrót.
_______________________________________________________
To będzie tyle na dzisiaj. Taki ogółem wstępny i krótki rozdział. Jutro postaram się dodać kolejną recenzję oraz rozdział opowiadania, dłuższy, ponieważ nie idę jutro do szkoły i będę miała czas. Dzisiaj pisałam test szóstoklasisty. Ciekawe jak mi poszło. Ktoś jeszcze pisał?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Tytuł: Oskar i pani Róża
Tytuł oryginału: Oscar et la dame Rose
Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 77
Rok wydania: 2004
Czas czytania: 1,5 godziny
Cena książki: 16 zł



Dziesięcioletni Oskar jest chory na białaczkę. Praktycznie całe życie spędził w szpitalu. Ma tam wielu przyjaciół. Lekarze dają mu zaledwie dziesięć dni życia. Z pomocą przychodzi pani Róża, która jest przyszywaną ciocią chłopca. To właśnie ciocia Róża podsunęła Oskarowi pomysł, aby codziennie pisał listy, listy do Boga. Książka to w większości właśnie te listy. Dziesięciolatek opisuje w nich swoje przeżycia. Wspaniałomyślna ciocia Róża wpadła na świetny pomysł. Z każdym kolejnym dniem Oskar ma się starzeć o dziesięć lat. Chłopiec opisuje, więc w listach swoje przeżycia jako nastolatek, dorosły, w końcu również jako starzec.

Tę książkę czytałam już co najmniej cztery razy, ponieważ posiadam ją na własność. Poleciła mi ją moja pani od Polskiego. Jest wiele pozytywnych opinii na jej temat. Tylko nieliczni uważają, że ta książka jest kiepska. Ja do nich nie należę. Co prawda zachowanie Oskara wobec jego rodziców często mnie irytowało. Mówi o tym choćby fragment "Po tych dwojgu kretynach, którzy nie mają więcej rozumu niż worek na śmieci, można się spodziewać wszystkiego.". No niestety, ale każdy ma jakieś wady.

Historia małego Oskara poruszyła mną. Pierwszy raz przeczytałam ją jak miałam jedenaście lat. W tedy na białaczkę chorowała moja kochana ciocia. Pół roku później ciocia umarła. Dzięki tej książce mogłam pojąć jak straszna jest ta choroba i być z ciocią przez jej ostatnie miesiące.

Pan Schmitt zrobił wspaniałą rzecz. W zaledwie siedemdziesięciu siedmiu stronach opisać tak piękną, wzruszającą i życiową powieść. Całe życie człowieka jest opisane w tak świetny sposób. Najlepsze w tej książce jest to, że można ją czytać w każdym wieku i zawsze będziemy mogli wyciągać z niej inne wnioski.

"Wydarzenie literackie na miarę Małego Księcia"-mówiła tylna okładka. I miała trochę racji. Ja jednak uważam, że "Oskar i pani róża" jest lepsza. Powiastka urocza, mądra, niesamowicie ciepła i wzruszająca. Choć jest cieniutka, niesie z sobą niewyobrażalną treść. Objętość nie powala ale przekazuje podstawowe prawdy o nas samych o naszym myśleniu zarówno o życiu jak i o śmierci. Jedna z moich ulubionych. Gorąco polecam wszystkim niezależnie od wieku.

6/6

Dla tym co są zainteresowani przeczytaniem tej książki, wstawiam link do strony
http://www.vismaya-maitreya.pl/ksiazki_itp/oskar_i_pani_roza.pdf

Podziel się swoją opinią na temat "Oskara i Pani Róży" w komentarzu
 

 
Siemka. Przepraszam, że tak długo nie było wpisu, ale postanowiłam, iż zmieniam tematykę bloga. To znaczy, nie tyle tematyke co (hmm...) treść xd
Chodzi mi o to, że w poprzednim wpisie pisałam pierwszy rozdział opowiadania. Postanowiłam, że nie będę go kontynuować na tym blogu. Może kiedyś założę bloga np. na bloggerze i zająć się bardziej "profesjonalnie" pisaniem opowiadania. Ale to przyszłość. Na pewno poinformuję was o tym.
Na tym blogu chciałabym pisać recenzje książek i od czasu do czasu jakieś opowiadanie o normalnej dziewczynie. Mam nadzieję, że Wam się spodoba mój pomysł z tymi recenzjami. Niebawem chciałabym dodać pierwszą. Do zobaczenia